poniedziałek, 18 maj 2020 10:22

"Dziennikarstwo polityczne" - rozmowa z Malwiną Dziedzic

Oceń ten artykuł
(5 głosów)
Polityka ma warstwy i trzeba – tak mówiąc obrazowo – zdrapywać kolejne, nie zaś skupiać się tylko naskórku, tym, co jest widoczne na pierwszy rzut oka. Dlatego oprócz zbierania informacji i dokumentowania zdarzeń ważne jest, aby poddawać je krytycznej analizie.

1. Dziennikarstwo polityczne można zdefiniować jako: działalność komunikacyjną polegającą na zbieraniu, selekcjonowaniu i prezentacji tematów ze sfery polityki, które są nowe, faktyczne i mają społeczne znaczenie. Dodałabyś coś do tego kanonu? Masz swoje przemyślenia na ten temat?

To przede wszystkim próba opisania wydarzeń i mechanizmów rządzących światem polityki, które Czytelnikowi pomogą wyrobić sobie opinię na dany temat. Nie chodzi o narzucanie interpretacji, ale takie zbalansowanie racji i relacji, aby dla odbiorcy było to pomocne. Zachwianie tego balansu przybliża nas do propagandy, a nie o to chodzi. No chyba że się pracuje w TVP.

 

2. W jednym z opracowań znalazłem podział dziennikarzy politycznych m.in. na: kronikarzy, doradców politycznych, komentatorów, zbieraczy informacji oraz krytyków. A Ty do jakiego rodzaju zaliczasz się? Podejmiesz się takiej autorecenzji?

Trudno jest mi się zapakować do jednej szufladki. Dla mnie inspiracją była i pozostaje Janina Paradowska. To dzięki niej znalazłam się w „Polityce”, to ona nauczyła mnie, że polityka ma warstwy i trzeba – tak mówiąc obrazowo – zdrapywać kolejne, nie zaś skupiać się tylko naskórku, tym, co jest widoczne na pierwszy rzut oka. Dlatego oprócz zbierania informacji i dokumentowania zdarzeń ważne jest, aby poddawać je krytycznej analizie. I tu już, siłą rzeczy, wkrada się mniej lub bardziej wyraźny komentarz odautorski, z którego politycy – jak czasem słyszę – też czerpią.

Niestety mam przy tym tę dokuczliwą cechę, że nie potrafię ugryźć się w język. Zatem oprócz wypytywania polityków często dzielę się własną opinią, konfrontuję ich z nią; czasem nawet zdarza mi się ich obsztorcować, jeżeli cynizm lub bezmyślność są uderzające i nie sposób tego przemilczeć. No i nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak próba wmawiania mi po czasie, że coś było inaczej niż w rzeczywistości. Niektórym politykom najwyraźniej wydaje się, że dziennikarze mają pamięć złotej rybki. Niestety dla nich, ja dość dobrze pamiętam, co mówili lub robili wcześniej. Nierzadko więc wplatam jakieś drobne złośliwości w tekst.

 

3. Jakie mechanizmy działania odnajdujesz w polskiej polityce?

Z ubolewaniem obserwuję, że polska polityka opiera się obecnie przede wszystkim na kreowaniu medialnego show i czegoś, co w komunikacji politycznej określa się jako tzw. pseudowydarzenia. Coraz mniej uwagi poświęca się opracowywaniu długofalowej strategii, dopasowywaniu taktyki, myśleniu o trzech kolejnych ruchach do przodu i tym, co może zrobić konkurencja polityczna. Zamiast tego spora część liderów partyjnych skupia się prawie wyłącznie na tym, ile konferencji zorganizuje danego dnia i jaki bon mot podrzuci dziennikarzom. Są oczywiście wyjątki. To przede wszystkim Jarosław Kaczyński, który wyciągnął wnioski z lat 2005-07, opracował tzw. ciąg technologiczny, który teraz zapewnia mu niczym nieskrępowaną władzę. Przez lata, będąc w opozycji, przygotował partię oraz jej sympatyków na długi marsz; nie marnował czasu, tylko dopracowywał swój plan przejęcia po kolei instytucji, które są bezpiecznikami demokracji i praworządności. Apologeci PiS, nawet jak ich ugrupowanie po oddaniu władzy słabło w sondażach, a jego byli przedstawiciele pisali książki o „końcu PiS-u”, nie żądali zmiany partyjnych władz i głębokiej reorganizacji.

Tego komfortu nie ma np. główna siła opozycyjna. Grzegorz Schetyna niemal zaraz po przejęciu sterów w partii był atakowany, co i rusz podnoszono, że powinien oddać przywództwo, bo nie cieszy się popularnością i zaufaniem Polaków. Prezes Kaczyński również, a to jakoś prawicy nigdy nie przeszkadzało. Schetynę, oprócz słynnego „braku charyzmy”, krytykowano – co znamienne z uwagi na wspomnianą głęboką mediatyzację polityki – przede wszystkim za brak obycia z kamerą i słabe występy publiczne. On rzeczywiście nie na tym się skupiał; politykę traktował jak maraton, rozpisywał strategie, myślał o bieżącej taktyce, a nie tym, aby wyprzedzić Ryszarda Petru w codziennym biegu pod stolik dziennikarski. Nie zawsze wszystko się udawało, bo na politykę ma też wpływ przypadek, coś nieprzewidzianego, co nakręca tak silną społeczną emocję, że nawet najlepszy plan potrafi wziąć w łeb.

Teraz zaś w PO nastąpiła „zmiana pokoleniowa” i – co też symptomatyczne – od nowych władz wciąż głównie słyszę, że w przeciwieństwie do poprzedników oni nie będą zaniedbywać kontaktów z mediami i będą staranniej dopracowywać wystąpienia medialne. Ok, to też jest ważne, ale polityk, zwłaszcza lider partyjny, nie może być showmanem i skupiać się przede wszystkim na tym, jak go pokażą w mediach i który komunał zacytują na żółtym pasku. A na razie ta „nowość i świeżość” w Platformie nakierunkowana jest przede wszystkim na dopasowywanie agendy do tematów, którymi danego dnia – jak wynika z ich informacji – będzie zajmowała się główna stacja informacyjna. Albo podpytywaniu, w jakim świetle partia i jej lider zostaną przedstawieni w jakiejś publikacji prasowej. Nie tędy droga, bo przeciwnik wciąż gra według starych zasad. Od mamienia dziennikarzy i wyborców piarowymi sztuczkami ma wynajętego premiera czy prezydenta, sam zaś zajmuje się tym, co jest istotą polityki.

Balansować próbuje to jakoś Władysław Kosiniak-Kamysz. Ma pomysł na siebie i pod to kreuje wizerunek nie tylko swój, ale i „nowego PSL”. Nie zapomina przy tym o robieniu polityki. I choć często nie zgadzam się z kierunkiem, w który zmierza, doceniam potencjał i konsekwencję w myśleniu o tym, kto jest jego wyborcą i gdzie ewentualnie może szukać dodatkowego poparcia.

 

4. Najbardziej znana definicja polityki stanowi, że jest to sztuka zdobywania i utrzymywania władzy – nie uważasz, że dzisiejsza klasa polityczna bardzo mocno z niej korzysta?

Ale z reguły każda siła polityczna stara się to pudrować „troską o obywatela”. Choć w ostatnich latach to mocno karykaturalny makijaż. Kluczem powinna być odpowiedzialność za społeczeństwo i jego przyszłość. Tymczasem politycy wychodzą z założenia, że populistyczne hasła i projekty wystarczą. A potem się zobaczy.

 

5. Jaki element w komunikacji politycznej w Polsce jest według Ciebie destrukcyjny?

Myślenie stadne – co najlepiej widać na Twitterze. Opinie na dany temat są przykrajane do pewnej publicystycznej średniej i jakikolwiek wyłom wiąże się nie tylko z krytyką, ale coraz częściej – z atakiem.

W klasycznym ujęciu komunikacji politycznej media są jedną z zapór, na które natrafia przekaz generowany przez polityków. Dziennikarze przetwarzają go, okrajają z piarowej warstwy, konfrontują z innymi wydarzeniami oraz własnymi opiniami i w takiej formie trafia on do odbiorców. Tymczasem media społecznościowe zaburzyły ten układ. Umniejszyły rolę dziennikarzy, sprawiły, że polityk może ich pominąć i bezpośrednio komunikować się ze swoim potencjalnym wyborcą. Brakuje więc tej naturalnej blokady przed manipulacją. Co więcej, w ostatnich latach wróciliśmy do czasów, wydawałoby się, dawno minionych – władza ma swoje media, które nieustannie oczerniają przeciwników politycznych i uprawiają bezwstydną propagandę sukcesu rządzących. To nie są dziennikarze, lecz funkcjonariusze. Mam więc nadzieję, że kiedyś zostaną rozliczeni z tego, jak szczują i manipulują.

 

6. Jak ocenisz kondycję polskiego dziennikarstwa politycznego? Zauważasz jego ewolucję na przestrzeni lat?

Choćby z uwagi na wspomniane wcześniej zjawisko „myślenia stadnego” mam wrażenie, że ta kondycja nie jest najmocniejsza. Część dziennikarzy i komentatorów politycznych rozmienia się na drobne, szukając kolejnych „gejmczendżerów” i patrząc na politykę jak na netflixowski serial. Inni spalają się w jałowych, nadmiernie emocjonalnych dyskusjach w mediach społecznościowych. W pierwszym przypadku polityka nie jest zwartym ciągiem zdarzeń i decyzji, za które określone osoby ponoszą odpowiedzialność, ale niejako każdego dnia zaczyna się na nowo. Wszystko jest w zasadzie równoważne, a szum wokół nowego wydarzenia, skandalu lub afery przykrywa choćby najbardziej skandaliczne wcześniejsze zdarzenia. Politycy, zwłaszcza partii rządzącej, już dawno to pojęli i sprawnie to wykorzystują. Choć czasem jest to tak czytelne, że aż się wierzyć nie chce, że może wciąż działać. Szczególnie prezes Kaczyński lubi rzucać dziennikarzom nowe „kości do obgryzania”. Przykład, który zawsze mam w głowie: afera z prywatnymi lotami marszałka Kuchcińskiego. Po ignorowaniu, bagatelizowaniu i wypieraniu się przez pisowskich notabli traktowania państwa jak prywatnego folwarku, głos w końcu zabrał sam prezes. Kuchciński podał się do dymisji, a Jarosław Kaczyński stwierdził, że to zamyka sprawę, a od dziennikarzy oczekuje, że zajmą się teraz lotami Donalda Tuska z czasów, kiedy był premierem. I niemal parę sekund później jedna z dziennikarek zajmujących się polityką – i to wcale nie z mediów prorządowych – napisała, że: no tak, trzeba byłoby się temu przyjrzeć. Mimo że loty byłego premiera do domu były szeroko opisywane i komentowane w czasie jego kadencji. Potem przez kilka dni różne portale przypominały loty Tuska. Na życzenie prezesa, można by powiedzieć.

 

7. Pytam o ewolucję, bowiem w opracowaniach akademickich odnaleźć można podział na 4 zasadnicze etapy rozwoju dziennikarstwa politycznego. Etap, w którym jesteśmy obecnie, nawiązuje do dziennikarstwa „w dobie Internetu”. Zgodzisz się z twierdzeniem, że Internet wpłynął na ten rodzaj dziennikarstwa?

Oczywiście, pytanie tylko: z większym pożytkiem czy ze szkodą? Rozwój technologii umożliwia szybszą i łatwiejszą pracę nam, dziennikarzom, a odbiorcom – prostszy i tańszy dostęp do treści. Ale też pojawienie się mediów internetowych obniżyło ogólny poziom dziennikarstwa. Bo i warunki rynkowe powodują, że często do redakcji internetowych trafiają ludzie bez doświadczenia, którzy nie bardzo też mają się od kogo uczyć. Zresztą nie ma na to czasu, ponieważ internet cały czas żyje, presja czasu jest ogromna, a wymagania częściej dotyczą tzw. klikalności niż jakości. Na tym tle wyróżnia się na pewno Onet, który w ostatnich latach ewoluował i stał się nie tylko źródłem rozrywki, ale i rzetelnej informacji. Na drugiej szali jest Wirtualna Polska. Afera z osławionym „redaktorem Suwartem” i tekstami udającymi materiały dziennikarskie, a w istocie będącymi reklamami natywnymi Ministerstwa Sprawiedliwości i ludzi Ziobry, jest tak kompromitująca, że w zasadzie trudno jeszcze traktować to medium poważnie. Podobna sytuacja z 300polityką. Jakoś nie potrafię ufać w relacje i komentarze zamieszczane na stronie oklejonej wyłącznie reklamami spółek skarbu państwa.

Internet częściej niż media tradycyjne sprowadza dziennikarstwo do biznesu. Tu o misji rzadko kiedy ktoś wspomina. A w internetowych redakcjach nie ma już miejsca na takie klasyczne przyuczanie do zawodu: uczeń – czeladnik – mistrz.

 

8. Kontynuując ten wątek – korzystasz z mediów społecznościowych w kontekście zdobywania informacji potrzebnych do artykułów?

Owszem, głównie z Twittera, choć nie jestem jego aktywną uczestniczką. Zdecydowanie bardziej wolę dyskusje o polityce w tzw. realu, na wirtual i kotłowanie się w internetowych emocjach szkoda mi życia. Korzystam również z relacji na Facebooku – z konwencji czy innych partyjnych eventów. Ale tylko wtedy, kiedy z jakiegoś względu nie mogę tych wydarzeń osobiście obserwować. Wychodzę z założenia, że każdy tekst trzeba sobie „wychodzić” i nic nie zastąpi rozmowy w cztery oczy. Choć pandemia koronawirusa zmusiła mnie do chwilowej zmiany tej zasady na: „wydzwonić” i „wyśledzić” w mediach społecznościowych. Bo z komentarzy zostawianych przez polityków też można wiele wyczytać, zwłaszcza jak się ich trochę już zna.

 

9. Uważasz media społecznościowe za narzędzie, które „zepsuło” dziennikarstwo, czy wręcz odwrotnie – spowodowało jego rozwój lub je co najmniej ulepszyło?

Media społecznościowe na pewno usprawniły przekaz informacji i zwiększyły ich zasięg. Osobną kwestią jest jakość tychże informacji. Są fake newsy, których tradycyjne media – poza gadzinówkami – intencjonalnie nie tworzyły. I fejki na pewno mocno psują dyskurs publiczny. Są też komentarze rzucane naprędce, bo w mediach społecznościowych dominuje niepisana zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Dziennikarze i publicyści ścigają się w komentowaniu danego wydarzenia, a – jak wiadomo – pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. Nieprzemyślane opinie, stadnie powielane na pewno nie poprawiają kondycji dziennikarstwa. Przyspieszają jednak życie polityczne, bo tematy, o których niegdyś dyskutowano by co najmniej kilka dni, bardzo szybko się w nich wypalają, przykrywane kolejnymi „gejmczendżerami”.

 

Czytany 2184 razy